Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Kultura NAJTRUDNIEJSZE JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE JAPOŃSKIEJ ODMIENNOŚCI

Manggha, źródło: Stay Fly

22.05.2013 | 18:00
Autor: Anna Bielak

O pracy w Muzeum Manggha opowiada Pani Dyrektor Bogna Dziechciaruk-Maj

Muzeum Sztuki i Techniki Manggha swoją wyjątkową atmosferę zawdzięcza nie tyle oryginalnemu projektowi architektonicznemu i położeniu przy Wawelu, lecz przede wszystkim codziennej pracy całego zespołu ludzi. Na czele tego zespołu stoi pani dyrektor Bogna Dziechciaruk-Maj, z którą miałam przyjemność przeprowadzić wywiad.

Od wielu lat kieruje Pani niemałą instytucją. Muzeum Manggha jest miejscem, w którym ciągle coś się dzieje. Wpisało się ono już na stałe w mapę Krakowa, nie tylko tę geograficzną, ale i kulturową. Osoba, która odwiedza Mangghę widzi, że działa ono, jak dobrze naoliwiony mechanizm. Proszę nam powiedzieć, czy zawsze tak było? Jak wspomina Pani początki swojej pracy w Muzeum Manggha?

Nie jestem tu od samego początku. Trafiłam tu świadomie, zaproszona do współpracy przez ówczesną dyrektor, Katarzynę Brykowicz - moją koleżankę, oraz przez państwa Andrzeja Wajdę i Krystynę Zachwatowicz. Interesowała mnie Japonia, choć wtedy wiedziałam o niej stosunkowo niewiele - tak to teraz oceniam. Jestem historykiem sztuki, więc miałam pewne pojęcie o sztuce. Interesowała mnie japońska filozofia, myśl wschodnia, buddyzm zen. Na samym początku fundatorzy muzeum nie wiedzieli czego się spodziewać, na ile to miejsce będzie aktywne, jak będzie odbierane przez polską publiczność. Stąd też początki były o wiele skromniejsze. Wynikało to też z faktu, że wszyscy, którzy tu trafiali najpierw musieli się uczyć. Pokornie i cierpliwie poznawać kulturę japońską. Ja pamiętam taki okres, kiedy my naprawdę nie wiedzieliśmy nic np. o muzyce japońskiej. Może lepiej znany był teatr, kino, ale też wybiórczo. Dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to wszystko jest pewną całością. Ta jednorodność kultury japońskiej była dla nas olbrzymim wyzwaniem, ale jednocześnie nas bardzo ciekawiła. Nie ma rutyny, nie ma zmęczenia tym, co robimy, bo ciągle jest coś nowego, co możemy poznawać. Nasza instytucja działa w oparciu o zespół fachowców i entuzjastów, którzy stopniowo stawali się fachowcami, bo myślę, że mogę powiedzieć bez zarozumiałości, że fachowcami jesteśmy – zarówno jeśli chodzi o prowadzenie takiej instytucji, jak i o znajomość kultury, którą się zajmujemy.

 

Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, źródło: blog.goo.ne.jp

Japonia ma bardzo odmienną kulturę, także tę związaną z kontaktami międzyludzkimi. Co było dla Pani na początku najtrudniejsze w kontaktach z Japończykami?

Na pewno uświadomienie sobie tej odmienności. Możemy to porównać oczywiście do kontaktów z ludźmi spoza europejskiego kręgu kulturowego w ogóle. Różnica jest zasadnicza. Nawet z ludźmi z tak odległych krajów, jak np. Argentyna, istnieje pewna wspólnota myślenia, która wpisuje się w pewien kod kulturowy. Z Japończykami jest naprawdę inaczej i tak naprawdę największym wyzwaniem było to, byśmy sobie ten fakt uświadomili i go zaakceptowali. Z tym nie ma sensu walczyć, buntować się, trzeba to zrozumieć, zaakceptować, delikatnie dopasowywać się do naszych partnerów z Japonii. Szczególnie dotyczy to artystów, a przede wszystkim tych zajmujących się tradycyjnymi dziedzinami sztuki. Dzisiaj już to wiemy. Współpraca jest o wiele łatwiejsza, jeśli się tak założy i mam nadzieję, że udaje nam się unikać gaf. Są one bowiem jeszcze jednym widocznym efektem różnic kulturowych, a mają to do siebie, że się zdarzają, choć popełnia się je nieświadomie. Nikt z nas nie powie, że łatwo jest współpracować z Japończykami. Oczywiście jest też druga strona medalu, czyli to, co dobre u naszych japońskich partnerów: rzetelność i wiarygodność. Zawsze powtarzam, że gdyby nie pewne procedury, które nas po prostu obowiązują, to nie byłyby potrzebne żadne dokumenty, żadne umowy. Japończycy są bardzo wiarygodni i jeśli planujemy z nimi jakieś wydarzenie, to ono się na pewno odbędzie, a żeby się nie odbyło, to musi być już jakaś naprawdę obiektywna, zewnętrzna przyczyna. Muszę powiedzieć, że pod tym względem mamy szczęście. Japończycy są bardzo wdzięcznymi partnerami. Jakkolwiek czasami długo trzeba ich przekonywać do współpracy, to kiedy już ją podejmą, są bardzo zaangażowani, bardzo przyjaźni i bardzo oddani sprawie. Zawsze zainteresowani są Polską, Krakowem, bardzo się przywiązują do nas, chętnie tu wracają. Początki są trudne, a później jest już tylko lepiej. Pewne różnice kulturowe są po prostu wpisane w taką działalność, jak nasza. Musimy być po prostu otwarci.

Pani Dyrektor (po prawej) na jednym z licznych spotkań, źródło: www.mkidn.gov.pl

Pani wieloletnią pracę doceniono też w Japonii. W 2009 roku otrzymała Pani Order Wschodzącego Słońca, przyznany Pani przez rząd Japonii za „nieoceniony wkład w popularyzację sztuki i techniki japońskiej w Polsce”. A z czego Pani jest najbardziej dumna?

 To jest dobre pytanie. W ogóle ten order był dla mnie naprawdę prawdziwym zaskoczeniem. Ja oczywiście wiedziałam, że istnieje takie odznaczenie, od lat ma je pan Andrzej Wajda i kilka osób w Polsce, z którymi współpracujemy... Prawdę mówiąc do tej pory otrzymywali je głównie mężczyźni. Mój kłopot polega na tym, że ja nie traktuję mojej pracy wyłącznie osobiście, dlatego też to odznaczenie bez żadnej przesady traktuję jako symboliczne docenienie działalności Muzeum Manggha i całego zespołu. To jest order dla nas, stąd do głowy by mi nie przyszło, żeby go zabrać do domu. On jest tutaj i jakby przynależy do Mangghi. Oczywiście otrzymanie orderu to moment ogromnej satysfakcji, niezwykle wzruszający. Zawsze jest miło, jeśli ktoś docenia naszą pracę. Ja jestem po prostu dumna z tej instytucji, kiedy odnosi ona sukcesy, kiedy jest dobrze postrzegana przez innych. Przede wszystkim jestem ogromnie dumna ze swojego zespołu. Wszystko, co się tutaj dzieje, nie zależy wyłącznie ode mnie ani od nikogo działającego indywidualnie, to jest zawsze praca zespołowa, to jest zawsze wspólny wysiłek ludzi. Taki jest charakter pracy w tego typu instytucjach, stąd nigdy nie traktowałam tego odznaczenia wyłącznie osobiście, jakkolwiek jest to ogromne wyróżnienie. Trzeba przyznać, że jest ono po prostu absolutnie wyjątkowe, co widać po reakcjach Japończyków. To oni są w stanie ocenić wartość tego orderu. Już wkrótce do wyróżnionych osób dołączy trzecia osoba, bo jest pan Andrzej, jestem ja, czyli Manggha i już przyznano order pani Krystynie Zachwatowicz. Tworzy się nam już niewielki „klub”. Ja się bardzo cieszę, że kolejna kobieta dołącza do tego grona.

Pani Dyrektor z Orderem Wschodzącego Słońca, źródło: JAAP

Gdyby poproszono Panią, by ze wszystkich wystaw, które Państwo zrealizowali, wybrała Pani tylko jedną, dowolną, która zostanie zaprezentowana w Japonii, co by Pani zaproponowała?

Nie byłoby łatwo zdecydować. Trzeba by się kierować tym, co wiemy o oczekiwaniach odbiorcy japońskiego, prawda? Czyli, co warto by było pokazać w Japonii, co byłoby dla Japończyków interesujące i zarazem nowe. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, mieliśmy znakomite wystawy kolekcji sztuki japońskiej, wystawy drzeworytów i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je powtórzyć. Drzeworyty z kolekcji jeździły już zresztą do Japonii, ale nie sądzę, żeby był to najlepszy wybór . Byłoby to trochę jak wożenie drzewa do lasu. Pewnie wybrałabym wystawę z naszego cyklu polskiego japonizmu, bo są ciekawym połączeniem. Pokazują sztukę japońską jako inspirację dla sztuki europejskiej. Pokazalibyśmy bardzo dobrą sztukę i, moim zdaniem, interesujące zagadnienie. Zwłaszcza dla Japończyków zaskakującym jest stosowane przez nas zestawienie, pokazujące drzeworyt obok obrazu olejnego i to, że staramy się pokazać, jakie są wpływy jednego na drugie. Są to inspiracje głównie formalne, kompozycyjne, kolorystyka, czasem motywy, np. kobieta w kimonie, z wachlarzem, czy jakieś przedmioty japońskie malowane przez polskich artystów. Dla nas japonizm w sztuce europejskiej jest bardzo ważnym, interesującym i absolutnie powszechnym zjawiskiem. Występuje w każdym kraju europejskim, a także w USA. Jest czymś oczywistym. Co ciekawe, dla Japończyków już nie zawsze jest to jasne. Oni oczywiście wiedzą o tym, że impresjoniści, Van Gogh i inni artyści, zwłaszcza francuscy, znali sztukę japońską, mieli drzeworyty, parasolki, wachlarze i inne przedmioty, których używali dla swoich obrazów. Nie bardzo dostrzegają zaś tę zależność, w każdym razie nie jest im łatwo zrozumieć, że drzeworyt japoński ma coś wspólnego z obrazem artysty zachodniego. Dlatego to jest ciągle dla nas jakieś zadanie i wyzwanie, więc gdybym mogła pokazać w Japonii na przykład naszą wystawę „Martwa natura z japońską laleczką” oczywiście z katalogiem, który do tego istnieje i komentarzem, byłabym bardzo szczęśliwa. Myślę, że udałoby się zainteresować publiczność japońską także sztuką polską i tym zjawiskiem, które właściwie powinno im szalenie schlebiać. Nic tak nie oddziaływało na współczesną sztukę europejską i jej obecny kaształt jak sztuka japońska.

Fragment plakatu "Wyczół w Japonii" - z cyklu wystaw o polskim japoniźmie, źródło: itezone.pl

Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu, a w niej m.in. o wizycie japońskiej Pary Cesarskiej w Muzeum Manggha!

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

Polska-Japonia   promocja   sztuka   cesarz  

NASZE ARTYKUŁY

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Kitsune - japońskie lisy

Komu macha maneki-neko?

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy