Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Muzyka TĘDY KU SAMOZNISZCZENIU. RELACJA Z KONCERTU ZESPOŁU DIR EN GREY WE WROCŁAWIU.

Wokalista Kyo podczas koncertu; fot. Klaudia Bojanowska

29.04.2020 | 14:00
Autor: Martyna Wyleciał

Piąty koncert w Polsce, dziesiąty album, trzydziesty singiel. Znakomity występ zespołu DIR EN GREY to dobry moment na refleksję nad przeszłością.

Zespół DIR EN GREY zawitał ponownie do Polski 3 lutego 2020 roku. Po odwiedzeniu Warszawy (trzykrotnie w latach 2009, 2015 i 2018), Krakowa (2011), a nawet Katowic (2007 na Hammer Metal Festival), przyszedł czas na Wrocław. Może klub A2 nie był wypełniony po brzegi, ale i tak publiczność dopisała. Tym razem zespół przyjechał promować swój dziesiąty album „The Insulated World” i trzydziesty singiel „The World of Mercy”. Trasa zaś nosiła tytuł „This Way to Self-Destruction”, co można przetłumaczyć jako „tędy ku samozniszczeniu”.

Biorąc pod uwagę, że pierwszy koncert zespołu odbył się ponad dekadę temu, był to dobry moment na refleksję nad tym, jak przez te lata zmienił się DIR EN GREY: jego muzyka, członkowie, no i oczywiście fani. Gdy zespół przyjechał do Polski po raz pierwszy na festiwal w Katowicach, był skoncentrowany na tym, by dać się poznać jako zespół metalowy, ignorując swoją przeszłość jako grupa visual kei, charakteryzująca się efektownymi i ekstrawaganckimi strojami i fryzurami, mocnym makijażem i artystyczną oprawą wizualną koncertów. Z takim samym nastawieniem odwiedził też Warszawę w 2009 roku, gdzie wśród publiczności można było znaleźć zarówno świeżo pozyskanych fanów metalowej strony zespołu, jak i mnóstwo młodzieży w strojach niepozostawiających wątpliwości, że nie zapomnieli o przeszłych wcieleniach zespołu.

Gitarzysta Kaoru i basista Toshiya; fot. Klaudia Bojanowska

W kolejnych latach ta różnica się wyrównywała – fani visual kei dorastali, porzucając powoli fantazyjne stroje i fryzury (choć oczywiście nie wszyscy), ale nie miłość do zespołu. DIR EN GREY za to obrał przeciwny kierunek. O ile w Krakowie Kyo zaskoczył fanów, wychodząc na koncert w czerwonym dresie z Adidasa, później wokalista, jak i reszta zespołu coraz bardziej skłaniali się ku efektowniejszym formom wyrazu, zwracając ponownie coraz większą uwagę na stroje, fryzury i oprawę wizualną koncertów, stosując między innymi projekcje wyświetlane z tyłu sceny. Ich styl okrzepł w coś, co można nazwać zespołem metalowym z zacięciem do dramatyzmu i artyzmu – pod każdym względem.

Na wrocławski koncert, można wręcz powiedzieć, panowie się wystroili. Wspomniany Kyo miał na sobie elegancką czarną koszulę i białe rękawiczki, gitarzysta Kaoru ubrał się w fantazyjnie wiązaną na plecach kamizelkę, a perkusista Shinya wyróżniał się w błyszczącej satynowej białej koszuli. Jednak tym, co zwracało największą uwagę, był makijaż frontmana grupy, przywodzący na myśl postać Joaquina Phoenixa w filmie „Joker”. Uśmiech Kyo, w połączeniu poszerzonym szminką obrysem ust, wyglądał iście diabolicznie.

Tym, co tworzyło niepowtarzalny nastrój tego koncertu, był sposób, w jaki Kyo obrazował muzykę ciałem, ruchami i grą aktorską. Może utwory w języku japońskim nie były w pełni zrozumiałe dla publiczności, ale mowa jego ciała dla wszystkich była jasna. Skojarzenia z „Jokerem” nie kończyły się na makijażu. W ruchach Kyo było coś z szaleńczego tańca na schodach Joaquina Phoenixa w jednej ze scen filmu. Jego gesty były urywane, kanciaste, podkreślone przez stroboskopowe światła. Śmiech, momentami szaleńczy, połączony z kołysaniem się w przód i w tył w rytm uderzeń perkusji, gdy wokalista siedział skulony na podwyższeniu, wywoływał w obserwatorach zarówno dyskomfort i fascynację.

Toshiya; fot. Klaudia Bojanowska

Kyo kilkakrotnie odnosił się swoim występem do samozniszczenia, które było motywem przewodnim tej trasy. Pojawiały się odwołania do samookaleczenia, gdy gestem imitował podcinanie żył bądź gardła albo gdy składał czerwony kabel od mikrofonu w pętlę, którą zakładał sobie na szyję. Najbardziej intensywne było jednak zakończenie głównej części koncertu, w trakcie piosenki „The World of Mercy”, gdy Kyo zaprezentował całą makabryczną pantomimę, będącą kwintesencją tematu samozniszczenia. Najpierw używając mikrofonu niczym noża, zasymulował seppuku i „rozciął” sobie brzuch. Czerwony kabel udawał wnętrzności, które wokalista wyciągał z siebie, krzycząc, a potem tulił do piersi, jakby były czymś cennym, by zaraz upuścić je na podłogę i zdeptać. Krwawoczerwony blask, oświetlający go od dołu, tylko podkreślał efekt. Zaraz potem udał, że rozgryza sobie nadgarstek i „kapiącą” z niego „krwią” zrobił sobie krwawy makijaż, uśmiechając się przy tym szaleńczo. Utwór zakończył, padając na kolana, a za nim pojawiło się wypisane na czerwono motto trasy, wskazujące, że tędy droga do samozniszczenia.

Na koncert złożyły się głównie nowe utwory. Kyo dawał popis swoich umiejętności wokalnych, prezentując całą gamę wrzasków, skrzeków i warknięć. Bez trudu przechodził od partii śpiewanych falsetem, po niskie, growlowane zaśpiewy. To był najlepiej do tej pory nagłośniony koncert DIR EN GREY w Polsce. Świetnie było słychać nie tylko wokalistę, lecz także każdy instrument. Shinya, schowany za potężnym zestawem perkusyjnym, nadawał rytm, który był niczym bicie serca zespołu. Gitarzysta Die praktycznie nie ruszał się z miejsca z boku sceny, gdzie wentylator rozwiewał jego długie, jasne włosy. Kaoru, z fryzurą i wąsem przypominającym Johnny’ego Deppa, dostarczał najlepsze gitarowe riffy. Basista Toshiya natomiast starał się dość często wyjść do publiczności, która reagowała bardzo entuzjastycznie za każdym razem, gdy zbliżał się do skraju sceny.

Piosenkom towarzyszyły, jak zostało wspomniane, projekcje wideo, wyświetlane z tyłu sceny. Składały się na nie przeróżne filmowe obrazy: krajobrazy, ludzie, dzieła sztuki, typografie, makabryczne ujęcia podbijające tylko niepokojący nastrój koncertu. Minusem jednak było to, że często nie do końca było widać projekcje, zasłonięte przez perkusję. Szkoda więc, że nie dało się przesunąć ekranu nieco wyżej.

Trailer promujący trasę koncertową „This Way to Self-Destruction”; źródło: YouTube/GanShinRecordsTV

Ze starszych utworów pojawiło się „Merciless Cult” i przedostatnie „FUKAI”, które zostały przyjęte przez fanów z entuzjazmem. Przez lata zmieniło się nastawienie zespołu do publiczności. Jeszcze podczas pierwszych koncertów zespół wychodził na scenę, robił swoje i z niej schodził, ograniczając interakcje z fanami do minimum. Teraz zaś nie tylko wydają się oni bliżsi, lecz także bardziej otwarci na publiczność. Kyo aktywnie zachęcał fanów do śpiewania z nimi fragmentów utworów bądź do coraz głośniejszego krzyczenia, udając, że nie jest usatysfakcjonowany nawet najbardziej ogłuszającym aplauzem. Zespół został też dłużej po zakończeniu koncertu, by rozrzucić gitarowe kostki czy pałeczki od perkusji. Basista Toshiya podniósł też polską flagę podarowaną przez osobę z publiczności i założył ją sobie na plecy.

DIR EN GREY ze swoimi pięcioma występami ma bodaj najwyższy wynik wśród koncertujących w Polsce japońskich zespołów. Minęło ponad dziesięć lat od ich pierwszej wizyty, a zainteresowanie zespołem nie słabnie. Fani zjeżdżają się z całej Polski, by słuchać na żywo znakomitych utworów, podziwiać umiejętności muzyków i doświadczyć całej gamy intensywnych uczuć, serwowanych przez zmiennego i nieprzewidywalnego wokalistę. DIR EN GREY nie przestaje się zmieniać, każdy koncert to unikalne doświadczenie, którego warto być świadkiem.

Teledysk do singla „The World of Mercy”; źródło: YouTube/direngreyweb

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

koncert   muzyka   visual kei  

NASZE ARTYKUŁY

Serce Kiusiu – Fukuoka

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Kitsune - japońskie lisy

Komu macha maneki-neko?

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy